"Moja pierwsza pielgrzymka - świadectwo"



       W tym roku po raz pierwszy postanowiłem wyruszyć w pielgrzymce na Jasną Górę. Tegoroczna XVIII Elbląska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę odbyła się w dniach 27 lipca - 11 sierpnia 2010 roku, z tym że grupa, w której pielgrzymowałem - Adalbertus Prabuty-Susz miała wymarsz 30 lipca z Prabut i do pokonania 430 kilometrów.

       Decyzja o wyruszeniu w drogę nie była łatwa z kilku powodów. Po pierwsze - odległość. Pokonać ponad 400 kilometrów w 13 dni idąc, nie wydaje się zadaniem prostym, a dla osoby, która większość ostatnich lat spędziła przy komputerze, może wydawać się zadaniem ponad siły. Po drugie - niewygody. Perspektywa noclegów po remizach, szkołach czy cudzych domach nie była zachęcająca. Mimo wszystko każdy woli własne łóżeczko, ciepły obiad przy własnym stole, niż nie wiadomo co, nie wiadomo gdzie. Po trzecie - charakter pielgrzymki. Przed wyruszeniem wydawało mi się, że to będzie 13 dni monotonnego odmawiania "Zdrowasiek", Koronek i innych modlitw. Wiele kilometrów nudnego modlenia się w towarzystwie osób, które będą zatopione w kontemplacji. Mówiąc wprost, myślałem, że będzie bardzo nudno, bo mimo że uważam się za osobę religijną, ciężko mi modlić się długo i monotonnie.

       Te trzy powody przez kilka lat wystarczająco mocno odstraszały mnie od podjęcia wyzwania. Co roku zastanawiałem się nad wyruszeniem na Jasną Górę, ale kończyło się konkluzją: "Za rok". Tym razem było jednak inaczej. Dlaczego? Pierwszy powód wydaje się paradoksalny, gdyż nie miałem czasu. W dniach poprzedzających wymarsz pielgrzymki miałem do załatwienia wiele spraw i byłem pewien, że się nie wyrobię z tym na czas, żeby wyruszyć. Pomyślałem więc sobie, że jeżeli wszystko dopnę na ostatni guzik, to pójdę. Jednak plany Boga nijak się mają do naszych przemyśleń. Dość powiedzieć, że zgłoszenie złożyłem w czwartek 29 lipca po wieczornej Mszy świętej, a w drogę wyruszyłem w piątek rano 30 lipca. Wszystko ułożyło się tak, że na czas pielgrzymki nie miałem żadnych innych obowiązków.

       Czas jednak to nie wszystko, trzeba mieć jeszcze chęci. Jak to się stało, że ja miałem? Właśnie nie do końca miałem. Ten sposób spędzania dwóch wakacyjnych tygodni od kilku lat proponowało mi kilku moich znajomych. W tym roku też usilnie namawiali. Jako że jak już napisałem, uważam się za człowieka religijnego, a z drugiej strony zawsze wydawało mi się, że dobry katolik powinien choć raz pójść w pielgrzymce do Częstochowy, to uległem. Założyłem sobie tak: poświęcę się w tym roku, przejdę, odmówię trochę modlitw, zobaczę jakie to jest nudne i już w następnych latach będę mógł mówić tym, co mnie namawiają na następny raz, że dziękuję, już byłem i drugi raz nie pójdę, bo wiem jak jest. Plan sam w sobie dobry, bo będę mógł szybko u cinać wszelkie namowy.

       I tak 30 lipca uczestniczyłem w porannej Mszy św. w kościele p.w. św. Andrzeja Apostoła w Prabutach. Tam okazało się, że moja grupa jest dość młoda z przewagą mężczyzn, choć niezbyt liczna (~ 35 osób). W tym momencie można by powiedzieć jaki jest podział ról na pielgrzymce. W każdej grupie jest przewodnik, którym z reguły jest ksiądz. Do nas przewodnik dołączył w Lembargu - po drugim dniu marszu (wikariusz parafii św. Mateusza Apostoła w Nowym Stawie, który po wakacjach przyszedł do parafii prabuckiej), przez pierwsze dwa dni funkcję tę pełnił diakon Marek Piedziewicz. Nad marszem piechurów czuwa trzech porządkowych, ich zadaniem jest kierowanie ruchem, przepuszczanie samochodów i krzyczenie: "Lewa wolna" (jako znak, że będzie nas wymijało auto i mamy zrobić mu miejsce). Funkcja ta jest trochę niewdzięczna i powiem, że współczułem Karolowi, który znaczną część trasy szedł kilkanaście metrów przed nami, by móc kierować ruchem (drugi porządkowy szedł obok nas, a trzeci kilka metrów za nami). Kolejne osoby to tzw. medyczni - odpowiedzialni za robienie opatrunków, przekłuwanie bąbli (od pewnego momentu stałem się ich stałym klientem), czy robienie masaży na koniec dnia. Jest też służba liturgiczna, której jak wskazuje nazwa zadaniem jest opieka nad oprawą liturgii; a także muzyczni - grający na gitarze i śpiewający do mikrofonu. No właśnie mikrofon - tutaj dochodzimy do pozostałych. W grupie jest radiotechnik, który odpowiada za nagłośnienie na trasie. Jednak jego rola jest też dość niewdzięczna, bo ma za zadanie wyznaczać kolejne osoby do niesienia tuby. I o ile na początku pielgrzymki nie jest to wielki problem, to pod jej koniec bywa to trudnym zadaniem. Tubę niosą mężczyźni z grupy, zmieniając się na trasie; a krzyż, który prowadzi, jest pod opieką kobiet. (Tak się przyjęło, choć u nas wielu chłopaków zdecydowało się nieść krzyż - podobno jest to intencja o dobrą żonę lub dobrego męża; a raz jedna dziewczyna zdecydowała się sprawdzić jak to jest z tubą na plecach.) Trochę w tle są kwatermistrzowie, którzy dużą część trasy jadą busami z naszymi bagażami i dbają o zakwaterowania. I tak pokrótce wygląda podział ról.

       Teraz postaram się opowiedzieć jak wygląda sama pielgrzymka. Nie trudno się domyślić, że są to godziny marszu - długiego, nieraz żmudnego, po kamieniach, piasku, błocie czy dziurawym asfalcie, w palącym słońcu lub w ulewnym deszczu i burzy. I tu pierwsze zaskoczenie, wcale to nie jest takie nieprzyjemne. Idąc w różnych warunkach atmosferycznych, człowiek doświadcza zamysłu Boga. Z reguły przy 30-stopniowym upale, leżymy gdzieś na plaży opalając się, a burzę i deszcz oglądamy zza szyby. Tu takiego komfortu nie było, bez względu na pogodę trzeba było iść. Dzięki temu można było dostrzec piękno przyrody w deszczu i słońcu. Mimo strachu niesamowicie wyglądają uderzające pioruny, gdy idziesz wśród nich. Długa prosta w trzydziestostopniowym upale, gdy nad asfaltem unosi się "plazma" robi wspaniałe wrażenie, gdy oglądając się za siebie i patrząc przed siebie widzi się pielgrzymów. Nie będę jednak mówił, że nie było ciężko. Bo było! Po kilku dniach siadają kolana, bolą kostki, łydki i uda, stopy są całe w bąblach i... nie wiadomo skąd człowiek znajduje siłę na dalszy marsz. (Oczywiście czasem brakuje komuś siły, ale od tego są z nami służby medyczne, autokary i karetka. Zawsze można uzyskać pomoc.) A teraz postaram się wyjaśnić skąd jest ta siła.

       Na pielgrzymce nie idzie się samemu. Przed Tobą, za Tobą i obok Ciebie idzie Twój Brat i Siostra. Taka trasa byłaby nie do pokonania, gdyby nie Ci ludzie. Idziesz w niewyobrażalnym upale, a ktoś podaje Ci wodę. Idziesz kulejąc, a ktoś podaje Ci ramię. Idziesz myśląc, że nie dasz rady, a ktoś pyta: "Jak się czujesz?" i dodaje otuchy. Idziesz zagryzając zęby z bólu, a ktoś przesyła Ci uśmiech. Idziesz z myślą, żeby zrezygnować, a słyszysz od kogoś słowa: "Dobrze, że jesteś". W grupie bardzo szybko rodzi się więź. Osoby, których się jeszcze kilka dni wcześniej nie znało, stają się bliskie. Bliskie dlatego, że towarzyszą w ekstremalnych warunkach. I to dodaje sił.

       Z jednej strony widzę kogoś, kto kuleje, ledwie ciągnie nogę za sobą. I wtedy sobie myślę, że jeszcze nie jest ze mną tak źle. Widzę, że mu każdy krok sprawia o wiele większą trudność ode mnie. Zatem nie mogę się poddać i czerpię z jego siły, która ujawnia się w bólu i niemocy. Z drugiej strony widzę osobę, która wygląda jakby jej nic nie dolegało, która nie czuje bólu, a cała ta pielgrzymka jest dla niej niewinnym spacerkiem. Ale wtedy pojawia się chęć pokazania, że ja też tak mogę, że nie jestem słabszy, że jestem w stanie dotrzymać kroku. I dzięki innym wciąż idę.

       Ludzie z grupy naprawdę stają się Braćmi i Siostrami. To w ich towarzystwie przezwycięża się ból i niemoc, to dzięki nim ma się siłę wszystko pokonać. Ale to nie jedyne osoby, które spotyka się w drodze. Wiadomo, że musimy gdzieś jeść i spać. Trudno jest opisać co czuje człowiek, gdy po kilometrach drogi dociera na postój, a tam czeka jedzenie - przygotowane kanapki, ciasta czy obiad. My idziemy, ale Ci co nas częstują, przygotowywali się na nasze przyjęcie wypiekając, smażąc i gotując. I dla nich to zapewne też nie jest łatwe. Przecież oni też pracują, mają obowiązki domowe, a jednak poświęcają swój czas, by w myśl miłosiernych uczynków "głodnego nakarmić" i "spragnionego napoić", pokazać swoje oddanie Bogu. Tegoroczna pielgrzymka liczyła ponad 600 osób i Ci ludzie przygotowywali dla nas jedzenie. Pisałem o marszu w deszczu, ale i oni stali nieraz w deszczu by nas nakarmić. Dla tych momentów, gdy wchodziło się do jakiejś miejscowości, a przy stołach z ciastami stały panie, które je wypiekały i z uśmiechem na twarzy częstowały, naprawdę warto było iść. Świat, który nam dziś przedstawia telewizja, to świat przemocy i agresji. Świat, w którym wielu mówi, że nie ma Boga. Ale to jest fałszywy obraz. Gdy wchodzisz do kościoła po dwóch godzinach w deszczu, cały przemoknięty, a tam przy wejściu czekają na Ciebie prawdziwi chrześcijanie z gorącą herbatą w jednym ręku i kanapką w drugiej dłoni; gdy siadasz do ławki i odmawiasz modlitwę, po czym zjadasz ten dar ludzkiej miłości, czujesz, że to jest prawdziwy świat, że to jest świat taki, jakim stworzył go Bóg.

       Jednak to nie jest granica ludzkiej dobroci i miłości. Czwarty uczynek miłosierny co do ciała to "podróżnych w domu przyjąć" i tego doświadczyliśmy. Niektóre obiady wypadały u kogoś w domu. Zaznaliśmy polskiej gościnności z dużą ilością jedzenia, które zawsze przewyższało nasze możliwości. Ale to też nie ta granica. Wiele noclegów mieliśmy w domach prywatnych i tu widać jak daleko ludzie posuwają się w swojej dobroci. Przyjmują na noc obce osoby, pielgrzymów zdążających na Jasną Górę, po to by mogli się przespać (znamy to, przecież w Suszu co roku mają nocleg pielgrzymi z Elbląga). Trudno opisać uczucia jakie towarzyszą osobie przyjmowanej. W dzisiejszym świecie nastawionym na zysk, gdy wmawia się nam, że nie można ufać drugiemu człowiekowi, istnieją ludzie, którzy ofiarowują swój dom na nocleg (chwała Wam, jeżeli do nich należycie!). Można pomyśleć, że to nic takiego. Ale tak nie jest! Ci ludzie mają następnego dnia pracę i inne obowiązki, a jednak nie idą na łatwiznę, mówiąc, że nie mają czasu, czy możliwości, tylko postępują według Bożej miłości.

       Noclegi w domach, to najlepsza okazja, by nawiązać dialog z tymi, których mijamy w drodze na Jasną Górę. To w ich słowach poznajemy reprezentację tych wszystkich, którzy nas gościli i karmili. Nocowałem w kilku różnych domach, poznałem kilka historii i... (brak słów, jak słaby okazuje się ludzki zasób słów, gdy mówi się o miłości). Pisałem o naszym bólu nóg, bąblach czy braku sił. Siły na dalszą drogę odnajdowaliśmy także w tych, którzy nas gościli. Choć czasem wydawało się, że nie mają do tego powodu. "Najbrutalniej" wchodziliśmy w życie tych, którzy nas przygarniali na noc, ale to ich życia pozostało w nas najwięcej. Jednej nocy z trzema Braćmi nocowaliśmy u starszego małżeństwa; przyjęli pielgrzymów, ot tak, zwykli religijni ludzie wydawałoby się. Ci ludzie mieli dwójkę dzieci, które już w dorosłym wieku zmarły. Więcej potomków nie mieli, a wnuków się nie doczekali. Trudno powiedzieć, co się czuje w takim momencie. Z jednej strony widzi się ludzi, którzy mogliby być źli na cały świat, źli na Boga, narzekać na wszystko i wszystkich, lamentować i skarżyć się. A z drugiej widzi się, że oni mimo tego bólu, jakiego doznali, są otwarci i potrafią dawać, potrafią dawać miłość. Nie narzekają na Boga, ale udzielają noclegu tym, którzy idą do Jego Matki.

       Innej nocy spałem u pani, która tego dnia była na pogrzebie kogoś z rodziny. Też mimo bólu, przyjęła pielgrzymów. Mówiła tylko, że zawsze brała więcej osób. Nie mogła jednak zrezygnować z tego całkowicie. Przytoczyłem tylko dwa przypadki, ale każdy nocleg w czyimś domu to inna historia, inna historia miłości.

       Jednak pielgrzymka to przede wszystkim spotkanie z Bogiem. Jest to spotkanie w codziennej modlitwie, Różańcu, Koronce, Godzinkach, w codziennym śpiewie i konferencjach. Tu przydałoby się wyjaśnić czym są konferencje. Otóż w czasie drogi wysłuchujemy słów, które przygotowali księża, zakonnice, diakoni. Na różnych etapach "wymieniamy się" duchownymi z innych grup. I oni w czasie tych fragmentów z nami wygłaszają jakby kazanie na jakiś temat. Są one bardzo pouczające, mówią o pięknie przyrody, relacjach w rodzinie i innych ważnych kwestiach.

       Najpełniejsze spotkanie z Bogiem dokonuje się w Eucharystii, dlatego każdy dzień zaczyna się Mszą św. i możliwością jej przyjęcia. Tu się do czegoś przyznam, msze są z reguły o 6 rano i ciężko się na nie wstaje. Dlatego rodzi się myśl, że może by darować sobie mszę i pospać godzinę dłużej. Któregoś razu, gdy miałem nocleg m. in. z klerykiem Markiem, zapytałem czy musimy iść na mszę. Jego odpowiedź była banalna, ale i opisująca całe nasze życie. Powiedział, że nie musimy iść na mszę, ale on idzie, bo Eucharystia daje mu siłę na kolejny dzień marszu. Te słowa zapadły mi w pamięć, bo niby tak oczywiste, a... Zauważmy ile razy, gdy jesteśmy zmęczeni tak łatwo rezygnujemy z kościoła. Ile razy, gdy mamy problem zajmujemy się nim i nie mamy czasu na mszę. Ile razy uważamy, że jesteśmy tak zabiegani, że nie możemy tracić czasu na kościół. A przecież to Eucharystia daje siły, to Ona jest rozwiązaniem wszelkich problemów, to o Nią powinniśmy zabiegać. A nawet na pielgrzymce, idąc do Matki Najświętszej, człowiek potrafi zapomnieć, że to Eucharystia jest źródłem naszej siły.

       Mógłbym jeszcze dużo napisać. Wspomnieć o tym, że idąc drogą mijamy wielu ludzi, że często się nie chce, najchętniej by się zawróciło, zboczyło z drogi czy po prostu zatrzymało. Ale to Ci ludzie są darem Boga. Nie da się opisać tego, co czuje człowiek, gdy mija całe wioski ludzi przyjaźnie machających. Gdy idzie w deszcze przez jakieś pola, a tam ktoś z parasolem w ręku stoi po to, by pozdrowić pielgrzymów. Gdy "pośrodku niczego" stoi małe dziecko z półmiskiem cukierków, by nas nimi poczęstować. Naprawdę to niesamowite uczucie, gdy ktoś pośród pól, lasów, łąk stoi i na Ciebie czeka. Czeka by Ci życzliwie pomachać, poczęstować cukierkiem, ogórkiem, wodą czy kawą. Uśmiech kilkuletniego dziecka z cukierkiem w ręku wynagradza wszelki trud.

       Mówi się, że jeden obraz zastępuje tysiąc słów. Starałem się Wam napisać, jak odczułem swoją pierwszą pielgrzymkę. Ale prawda jest taka, że cała moja pisanina to, jak powiedział Kohelet, "Marność nad marnościami i wszystko marność", bo tego nie da się opisać. Poniżej wstawiam kilka zdjęć z pielgrzymki, ale i one mało oddają. Dla Was są tylko obrazkami, dla mnie są wspomnieniami. Wspomnienia są piękne, ale żeby były, musi je poprzedzić uczestnictwo. Jeżeli chcecie zrozumieć, co próbowałem Wam tak nieudolnie przekazać, zapraszam 27 lipca 2011 roku na XIX Elbląską Pielgrzymkę Pieszą na Jasną Górę. Jeżeli Bóg da, zrobię wszystko, by móc w niej uczestniczyć. I tak z człowieka, który chciał tylko zaliczyć pielgrzymkę, stałem się takim, który ją pokochał.

Konrad Flaszyński







...powrót