Al. Marek Piedziewicz


WIERZĘ, ALE...


      Stosunkowo często można usłyszeć twierdzenie, że Polska jest krajem katolickim. Bardzo jasno pokazują to badania statystyczne, ponieważ dziewięćdziesiąt kilka procent naszych rodaków to katolicy. Pewna liczba osób to chrześcijanie innych obrządków. Niewielki natomiast odsetek obywateli Polski to wyznawcy religii niechrześcijańskich.


LICZBY RZECZYWISTE?


      To, jak wielu Polaków jest katolikami, w szczególny sposób uwidacznia się w pewnych sytuacjach. Rzesze wiernych gromadzą się podczas największych świąt i uroczystości: w Boże Narodzenie, Wielkanoc, na procesjach Bożego Ciała. Wiele osób uczestniczy w drogach krzyżowych, które w okresie Wielkiego Postu przechodzą ulicami polskich miast. Nasze świątynie wprost "pękają w szwach" w Wielką Sobotę, gdy kapłani święcą pokarmy wielkanocne. Tłumy katolików przybywają na cmentarze 1 XI czy też gromadzą się na apelach i marszach w kolejną rocznicę śmierci Jana Pawła II.


PASTERZ


      To, co się działo w związku ze śmiercią Jana Pawła II, nie daje się zresztą porównać do czegokolwiek innego w dziejach polskiego katolicyzmu. Nigdy nie słyszałem, by jedno wydarzenie odegrało tak ogromny wpływ na prawie cały naród. Jedna osoba była w stanie "zgromadzić" miliony ludzi, którzy - nie mogąc pozostawać w obliczu jej cierpienia i choroby bezczynnymi - sami zupełnie spontanicznie organizowali różnego rodzaju spotkania modlitewne, Msze święte, apele itp. Atmosfera tamtych chwil była niezapomniana. Gdy sięgam do nich pamięcią, wszystko to wydaje się być wręcz niewiarygodne, a przecież miało miejsce, zdarzyło się. Socjologia chyba nie zna drugiego takiego przypadku, że kilkadziesiąt milionów osób zwolniło bieg swego codziennego życia, zatrzymało się nad umierającym Papieżem, a w konsekwencji nad sobą, swoim życiem, grzesznością, zbawieniem. Wszystkie te wydarzenia trwały stosunkowo długo. Sprawiły, że dużo ludzi odczuło szczególną przynależność do jednego narodu i silną więź religijną, która na co dzień nie jest przecież czymś oczywistym. Były powodem wstrzymania pracy licznych zakładów czy firm i zapanowania ciszy w mediach, co jest zjawiskiem wprost niewyobrażalnym!

LUŹNE POWIĄZANIA


      Pomimo że dość szeroko nakreśliłem wydarzenia związane ze śmiercią Papieża - Polaka, to nie chcę w tym zamyśleniu na nich się skupiać. Wszystko, co opisałem powyżej, ma służyć ukazaniu tego, że Polacy w gruncie rzeczy są narodem religijnym. Fakt religijności Polaków nie sprawia, że można mówić o tym, że jesteśmy narodem katolickim. Jaka bowiem jest przyczyna tego, że dana osoba przychodzi na różnego rodzaju obchody organizowane przez lokalne parafie? Kim jest człowiek, który manifestuje swoje uznanie dla Papieża? Czy za tym uznaniem idzie przyjęcie nauki Jana Pawła, czy też istnieje jakaś dowolność w konkretnych sprawach związanych z moralnością? Jaki jest związek między jego obecnością w danym miejscu a późniejszym stylem życia i konkretnymi decyzjami? Czy wiara jest dla tego człowieka wartością, według której porządkuje on całe swoje życie? Na ile ludzie są świadomi obowiązków wynikających ze swojej wiary i czy poznają jej piękno? Czy zatem rzeczywiście jesteśmy "narodem katolickim"?


ZA, A NAWET PRZECIW


      W niektórych sprawach istnieje rozłam pomiędzy nauką Kościoła a tym, jak postępują jego wierni. Można tu wymienić takie kwestie, jak aborcja, eutanazja, zapłodnienie in vitro, kara śmierci, związki jednopłciowe itd. Takich "miejsc" jest więcej. Ich istnienie sprawia, że tworzy się dziwne rozdwojenie na wiernych i duchowieństwo. To, co głosi Kościół, jest więc często sprzeczne z myśleniem jego wiernych. Ci z kolei dziwią się postawie duchownych i zarzucają, że mieszają się oni do polityki lub zajmują sprawami, którymi nie powinni się zajmować. Takie myślenie jest jednak nieporozumieniem! Przecież Kościół istnieje po to, by głosić Ewangelię, naukę Chrystusa, Bożą wolę. Jeśli w jakiejś dziedzinie życia Ewangelii brakuje, to Kościół ma wręcz obowiązek ją tam głosić: czy jest to sfera polityki, ekonomii, mediów czy czegokolwiek innego. Bolesne jest natomiast to, że zdarza się, iż sami wierni krytykują tu swoich pasterzy. Jest to często krytyka niesłuszna i krzywdząca. Nie chcę powiedzieć, że Kościoła czy jego przedstawicieli nie wolno krytykować. Takie twierdzenie byłoby nieprawdziwe! Jeśli jednak ktoś wyraża swoje krytyczne zdanie na jakiś temat, to powinien przynajmniej określić, dlaczego tak twierdzi. Tymczasem często z rozmów z ludźmi odnoszę wrażenie, że nie potrafią uzasadnić tego, co mówią. Kościół natomiast zawsze potwierdza swoje twierdzenia konkretnymi argumentami. Odnosi się do ludzkiego rozumu i nauki po to, by jasno pokazać, dlaczego naucza tak, a nie inaczej. Poza tym ma obowiązek mówić swoim wiernym o tym, co jest prawem Bożym. Robi to zresztą często za cenę niezrozumienia, wyszydzenia i odrzucenia. Nasuwa mi się tu obraz pani poseł Joanny Senyszyn, która na jednym z marszów równości nawoływała, by ta parada "odmieniła oblicze ziemi, tej ziemi!", jawnie szydząc ze słów Jana Pawła II i całej nauki Kościoła w sprawach obyczajowych. Widać zatem, jak współczesny świat zwyczajnie wyśmiewa stanowisko Kościoła, wcale nie znając jego argumentów i z nimi nie dyskutując. Nie dziwiłbym się, gdyby to dotyczyło tylko osób będących poza Kościołem. Sytuacja wygląda jednak tak, że również osoby, które uważają się za wierzące, mają podobne zdanie w omawianych sprawach. Ludzie uczęszczający na Eucharystię i rozmawiający z Bogiem na modlitwie bardzo często nie znają poglądów Kościoła w różnych kwestiach, a krytykują go za takie czy inne decyzje lub jego naukę. Jest to wręcz nie do pomyślenia, żeby osoba wierząca tak postępowała. Aby krytykować nauczanie Kościoła, trzeba najpierw je znać. Jestem przekonany, że pomoże ono "otworzyć oczy" wielu osobom i sprawić, że lepiej poznają racje, którymi kieruje się Kościół. Jeśli więc ktoś krytykuje go za zajmowane stanowisko w konkretnych kwestiach, to może to robić tylko wtedy, gdy zna jego naukę i rozumie, po co w ogóle Kościół istnieje. Myślę, że jest to oczywiste dla osoby wierzącej.


SZKLANA PUŁAPKA


      Muszę przyznać, że osobiście nie rozumiem, skąd bierze się to rozdwojenie, które często występuje u osób wierzących. Skoro ktoś deklaruje, że jest katolikiem, to jak może krytykować swój Kościół za jego nauczanie i mówić, że nie zgadza się z nim? Przecież różne sondaże ujawniają to pęknięcie. Z jednej strony wierni uczestniczą w życiu Kościoła, a z drugiej wielokrotnie nie identyfikują się z nim. W ostatnich miesiącach byliśmy świadkami takich sytuacji w dyskusji nad sprawą refundacji z budżetu państwa zapłodnienia in vitro. Kościół został wręcz osaczony w dyskusji nad tą sprawą. Najciekawsze jest to, jakich argumentów używali zwolennicy in vitro. Nie było mowy o tym, że nic nie usprawiedliwia zabijania ludzkich zarodków, które nadliczbowo są wytwarzane przy tym zapłodnieniu. Kwestia braku prawa do takiego postępowania nie była przedmiotem dyskusji. Mówiono natomiast o ludzkim szczęściu i pragnieniu posiadania potomstwa, co jest jedynie argumentem wypływającym z emocji, a nie z rozsądku czy rzetelnej i obiektywnej oceny rzeczywistości. Żadne pragnienie nie może usprawiedliwić zabijania ludzkich zarodków! I nie jest to argument w poważnej dyskusji. Inną kwestią jest szczere zrozumienie sytuacji małżonków nie mogących mieć dzieci i ich wspieranie, a inną zezwolenie, by doprowadziło to do nieetycznych rozwiązań prawnych.


CZAS TO PIENIĄDZ


      Omawiana wyżej sprawa została tymczasowo rozwiązana. Niedługo jednak na nowo rozpocznie się nad nią dyskusja. Premier, kończąc medialną burzę w tej sprawie, stwierdził, że budżetu nie stać dziś na takie wydatki. To jest dziś, ale co będzie jutro? Nastąpi zapewne powrót do tego tematu i rozpocznie się atakowanie stanowiska Kościoła. Zabraknie obiektywnych argumentów. Górę wezmą emocje i slogany o prawie do szczęścia. Ciekawe, czy ktoś odważy się mówić o świętym prawie do życia i poszanowania godności ludzkiej. Jak zachowa się w tej sytuacji polski, katolicki naród? Czy ludzie będą chcieli poznać obiektywne argumenty, które podaje Kościół, czy też ulegną presji mediów i bezkrytycznie przyjmą to, co zobaczą w telewizji czy usłyszą w radio? W tej chwili dyskusja jest zamknięta ze względu na pieniądze. Czy są one jedynym argumentem mogącym przekonać dzisiejszego człowieka?


EGZAMIN Z DOJRZAŁOŚCI


      Może jest to powodem istnienia kolejnego "miejsca zapalnego". Chodzi mi tu o kwestię możliwości zdawania matury z religii. Również w tym przypadku można było usłyszeć wiele krytycznych słów pod adresem biskupów, którzy chcą takiej możliwości dla polskich maturzystów. Nie rozumiem osobiście strachu przed taką możliwością. Bardziej bałbym się tego, że osoby wypowiadające się na ten temat nie znają ogromu wiedzy religijnej i myślą, że jest on tak mały, iż zdawanie tego egzaminu byłoby pójściem przez młodzież na łatwiznę. Matura z religii nie byłaby jednak taka prosta do zdania. Wiedza religijna jest ogromna i należy poświecić dużo czasu, aby ją pojąć. Nie rozumiem z kolei, dlaczego państwo, które gwarantuje swoim obywatelom prawa religijne nie daje im możliwości zdawania egzaminu maturalnego z wiedzy religijnej. Nie jest to przecież żadne zagrożenie dla demokracji ani tolerancji. Polscy katolicy natomiast w znacznej ilości są przeciwni maturze z religii, jak i wliczaniu oceny z tego przedmiotu do średniej ocen.


REGUŁY GRY


      W przyszłości należy się spodziewać także innych "miejsc zapalnych". Nie łudźmy się, że ich nie będzie i że nie staną się przyczyną ukazywania Kościoła jako gnębiciela postępu i wolności. Bez wątpienia głównymi spośród nich są sprawy obyczajowe, choć nie tylko. Kościół, zabierając w nich głos, jawi się jako "samotny wojownik", którego raczej niewielu chce słuchać. SLD już zapowiedziało tworzenie ustawy, która ma zezwolić na aborcję na życzenie. I znów, ciekaw jestem, czy przeważą argumenty za tym, że każda kobieta ma prawo robić ze swoim brzuchem to, co chce, czy też zostanie uznane, że w tym brzuchu jest życie i nikt nie ma prawa go przerwać. Nie chcę tu dyskutować z argumentami zwolenników aborcji, choć znam je i myślę, że potrafię na nie odpowiedzieć. Nie o to tu jednak chodzi. Ważną kwestią jest to, czy przyjmie się już w dyskusji język zwolenników zabijania dzieci poczętych i będzie uważało czynienie tego za "prawo kobiety", a sprzeciwianie się temu za "zaściankowość i zacofanie". Chodzi bardziej o samodzielne myślenie i szczere poszukiwanie prawdy. Jestem przekonany, że osoba tak czyniąca bez wątpienia dojdzie do takich argumentów, jakich używa Kościół. Bo czy prawem człowieka może być prawo do zabierania życia innemu, jeszcze nienarodzonemu, a więc bezbronnemu człowiekowi? Jak odpowiemy my, chrześcijanie?
Kandydat partii demokratycznej w tegorocznych wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, Barak Obama, popiera aborcję. Uzasadnił to w ten sposób, że gdyby jego córka zaszła w ciążę, to nie chciałby karać jej dzieckiem (!!!). Ten "argument" jest nieludzki i makabryczny. Życie nazywa karą, a pochwala rozwiązłość seksualną i seks bez konsekwencji. Oto do czego prowadzi styl życia w tzw. krajach cywilizowanych. To jest po prostu ohydne. Czy pojawienie się tych zjawisk w Polsce jest tylko kwestią czasu? Czy jest to nie unikniona konsekwencja naszego dążenia do "cywilizowanych" społeczeństw? A może jednak nie dojdzie do niego ze względu na autentyczne przekonania Polaków?


ŻABA W SOSIE WŁASNYM


      Stawianie różnych kwestii dotyczących współczesnego świata sprawia, że coś, co wcześniej było proste i jednoznaczne, dziś często już takie nie jest. O ile potomstwo było kiedyś błogosławieństwem, to dziś dla wielu ludzi jest karą. A dzieci nie biorą się przecież z powietrza. Dziecko jest karą dla kogoś, kto prowadzi niemoralny styl życia. Jeśli natomiast komuś takiemu powie się, że czystość jest wartością, że warto ją zachowywać do ślubu, to można usłyszeć słowa o swoim zacofaniu, o ciemnogrodzie itp. Widać tu jasno, że zmienia się sposób mówienia o tych sprawach. Zmienia się język i myślenie. W debacie osoba uznająca wartości chrześcijańskie i etykę katolicką uchodzi za fanatyka i gnębiciela wolności i postępu. Osoba mówiąca o swobodzie obyczajów jest natomiast kimś światłym, nowoczesnym i wyzwolonym. Widać zatem, jak zmienia się dzisiejszy język. Strony w dyskusji nie są traktowane obiektywnie i w równy sposób. Z góry patrzy się na jedną stronę pozytywnie, a na drugą negatywnie. W takiej dyskusji górę bierze ten, kto potrafi ośmieszyć przeciwnika. Używa się zatem ogólnikowych słów negatywnie pokazujących drugą stronę, a nie walczy na argumenty. Całe to zjawisko można nazwać "wymianą wody". Ten zwrot ma swe odniesienie do rzeczywistości. Pochodzi z obserwacji przyrody. Choć sam tego nie sprawdzałem, to słyszałem, że żabę można zabić, gdy wrzuci się ją do garnka z wodą i postawi go na palnik. Temperatura wody stopniowo rośnie, a zanurzona w niej żaba przystosowuje się do niej wraz z jej wzrostem. Dochodzi w końcu do tego, że woda zaczyna wrzeć, a żabka traci życie, bo ugotowała się w niej, stopniowo dostosowując się do nowych warunków.
Faktycznie, to zachowanie idealnie pasuje do określenia dzisiejszego świata. Może nie jest widoczne w Polsce w takiej skali, jak na zachodzie, ale również się dzieje. Kto kilkadziesiąt lat temu miał wątpliwości co do tego, czym jest rodzina? Dziś już takie wątpliwości powstają i jest to "czymś normalnym", nie budzącym sprzeciwu. Państwo koniecznie ma być oddzielone od Kościoła, bo inaczej niektórzy obywatele mogą czuć się w nim źle, bo brakuje tolerancji. Kiedyś to nie było problemem, a Rzeczpospolita, jako kraj katolicki, była zarazem jednym z najbardziej tolerancyjnych miejsc na mapie XVII-wiecznej Europy. Podobnych przykładów jest więcej. Co one nam pokazują? Widać po nich, że zmienia się myślenie Polaków; zmienia się to, co kiedyś było naturalne i oczywiste. Najgorszy jest jednak fakt, że te zmiany nie są rozwojem i nie dzieją się w imię postępu. Ich motorem jest raczej podstęp, w imię którego oczekuje się "wolności, tolerancji i prawa do szczęścia". To wszystko są slogany, ponieważ żadne prawo nie jest w stanie dać tego, o czym one mówią. Może natomiast narzucić wolę mniejszości większości, która zdezorientowana nawet nie zauważa, co się dzieje - tak jak wspominana żabka.
Ludzie często nie myślą samodzielnie o tym, co jest im podawane do wiadomości. Media mają natomiast tak wielką siłę oddziaływania na społeczeństwo, że są dziś w stanie wylansować coś, co zwyczajnie zechcą. Ludzie przyjmują podawane informacje jako wiedzę. Nie zastanawiają się nawet, kto jest właścicielem danych mediów i czy może istnieje związek pomiędzy jego stylem myślenia i światopoglądem, a tym, co głoszą jego serwisy informacyjne. Można to jasno dostrzec, oglądając w ciągu dnia kilka serwisów informacyjnych na różnych stacjach. Te same wiadomości są ukazywane w tak różny sposób, że często sobie zaprzeczają. Gdzie jest więc ludzki rozsądek i zdolność do krytycznego myślenia? Czy muszę przyjmować to, co podają mi media jako prawdę, czy też powinienem zastanowić się nad tym, dlaczego ktoś przedstawia to tak, a nie inaczej? A może jestem już tak bezkrytyczny, że nawet nie zauważam, jak zmienia się środowisko, w którym żyję? Chrześcijanin nie może być wobec tego bierny. Powinien stawiać czoła takim zmianom. Inaczej będzie chrześcijaninem tylko z nazwy, a nie z przekonania czy stylu życia.


CHOROBA PASTERZY


      Osobną sprawą w całej dyskusji nad omawianym rozłamem w Kościele jest patrzenie przez świeckich na duchowieństwo. Nie można zaprzeczyć, że duchowni są grzesznikami. Nikt nawet nie próbuje tego robić. Grzeszność jest zakorzeniona w każdym człowieku. Nie należy się zatem dziwić, że również w kapłanach. Problemem jest natomiast generalizowanie i przekładanie niektórych bardzo złych sytuacji na całe duchowieństwo. Co jakiś czas słyszymy o pewnych skandalach czy nieprawidłowościach w Kościele. Nie można ich oczywiście usprawiedliwiać, a należy wyjaśniać i rozwiązywać. Czymś złym jest natomiast fakt, że są one przedstawiane często nieobiektywnie i w taki sposób wpływają na wiernych, iż ci nabierają dystansu do duchownych i Kościoła jako instytucji. Nie można pochwalać grzechu ani na jego przyzwalać. Lecz tak samo nie można kierować się w swoich decyzjach grzesznością drugiej osoby. Choć jest ona czymś przykrym, to jednak byłoby źle, gdyby spowodowała czyjeś odejście z Kościoła czy utratę zaufania do niego. Należy tu pamiętać, że Kościół to nie tylko biskupi i księża. Kościół to cała wspólnota ludzi, którzy wierzą w Chrystusa. Pamiętajmy także, że jest to wspólnota grzeszników. Każdemu jednak Pan Bóg ofiaruje swoje przebaczenie i miłosierdzie. I choć upubliczniony grzech pasterza szczególnie boli, to jednak nie może wpływać na stosunek wiernych do całego Kościoła i uogólnianie pewnych sytuacji czy zjawisk.


NIBY RAZEM, A JEDNAK OSOBNO


      Pewne kręgi w Polsce chcą rozdziału Kościoła od państwa. Muszę tu szczerze przyznać, że nie wiem, na czym miałby on polegać. Zapewne chodzi o to, aby przedstawiciele Kościoła nie brali udziału w uroczystościach państwowych, by z ich okazji nie sprawowano Mszy świętych. Może ma się to przejawiać w tym, żeby takie uroczystości, jak np. dożynki odbywały się bez robienia tradycyjnych wieńców - wyrazu wdzięczności Bogu za plony ziemi? Zapewne chodzi też o usunięcie symboli religijnych z miejsc publicznych. Może nawet należy zabronić chodzenia w miejscach publicznych w strojach duchownych osobom konsekrowanym, jak to ma miejsce w niektórych "nowoczesnych" krajach na zachodzie Europy? Bez wątpienia należałoby usunąć religię ze szkół. Wszystko zapewne ma się odbywać w imię tolerancji i postępu, wychodzenia z zaścianka. Doprawdy, nie jestem sobie w stanie wyobrazić innych przykładów. Jestem też zdania, że nie świadczą one o żadnych związkach Kościoła z państwem. Nie znam zresztą takich związków. Jestem wręcz przekonany, że ich w Polsce po prostu nie ma! Wymienione przeze mnie przykłady są raczej wyrazem religijności Polaków, niż złego powiązania państwa i Kościoła. Próby wprowadzania takich zmian nie mają według mnie najmniejszego związku z tą kwestią. To sztuczny problem. Wypływa z fałszywego założenia, że Kościół wywiera negatywny wpływ na państwo. Prowadzi w efekcie do spychania religijności w sferę spraw prywatnych, której nie należy okazywać publicznie. Ukazuje zarazem Kościół jako wroga państwa, tak jakby nim rzeczywiście był.


POGUBIONE OWIECZKI


      Zastanawiając się nad tymi sprawami, można postawić pytanie: Kim właściwie jest dzisiejszy Polak - katolik? Zdaję sobie sprawę, że moje refleksje nie obejmują wszystkich kwestii, jakie można by poruszyć. Chcę jedynie naświetlić ten dziwny problem "pęknięcia" w Kościele. Bolesne jest niezrozumienie wiernych dla jego nauki i jej negowanie, a także wprowadzanie rozłamu wśród duchowieństwa i świeckich. Nie można przecież zapominać, że Kościół to MY - świeccy i duchowieństwo - a nie sami księża.
Często jednak wydaje się, że duchowni (czytaj: "Kościół") są w opozycji do pozostałych chrześcijan. Z czego może to wynikać? Uważam, że z niezrozumienia nauki Kościoła i przyjmowania opinii mediów w różnych sprawach. Tymczasem chrześcijanin powinien być chrześcijaninem na wszystkich płaszczyznach swojego postępowania: w życiu osobistym, zawodowym, w decyzjach politycznych czy też przekonaniach moralnych. Nie wynika to z tego, że Kościół chce coś komuś narzucić. To prosta konsekwencja tego, że zostaliśmy ochrzczeni. Wynika z faktu, że jesteśmy chrześcijanami, a więc uczniami Chrystusa, i z tego, że wyznajmy wiarę katolicką. Nie możemy zatem postępować wbrew temu, czego oczekuje od nas nasz Bóg i Zbawiciel.


SILNA WIARA SŁABYCH LUDZI


      W gruncie rzeczy tylko autentyczna wiara prowadzi do konkretnych decyzji życiowych i postaw moralnych. Tylko człowiek wierzący może wraz ze swoim Kościołem walczyć o coś, co uważa za wartość; nawet wbrew "nowoczesnemu światu" i opinii większości. Autentyczna wiara powoduje, że chrześcijanin zna naukę Kościoła i poznaje jego opinię na różne sprawy. Może on zapewne także z nim dyskutować w różnych kwestiach, ale wie wówczas, o czym mówi, i zna argumenty Kościoła. Nie chodzi tu o jakiś rygor, który miałby narzucać Bóg. On wprowadza raczej ład i porządek do ludzkiego życia. Odrzucenie Go więc sprawia, że tworzy się nieporządek, nieład, bagno. Decyzje chrześcijanina nie mogą zatem wypływać ze strachu przed Bogiem. On tego po prostu nie chce! One są naturalną konsekwencją miłości do Pana. Święty Paweł pisze, że możemy robić wszystko, ale nie wszystko przynosi nam korzyść. Wiele rzeczy, których domaga się człowiek, wydaje się stać w opozycji do Boga czy Kościoła. Jeśli więc ktoś powstrzymuje się od nich, to jest to znak, że rzeczywiście ceni sobie wiarę, a nie traktuje jej jako przyzwyczajenia. Zauważmy, że omawiane przeze mnie sprawy są wprowadzane do debaty jako coś, co ma dać szczęście, sprawiedliwość, równość itd. Nie przynoszą ich jednak wcale. Konsekwencje zmian, które dzieją się w dzisiejszym świecie, będą miały znamienne skutki w przyszłości. Trudno tu o jakieś konkretne przewidywania. Jeśli jednak ktoś choć trochę zna historię, ten wie, że upadek każdej cywilizacji zaczynał się od jej moralnego zepsucia. Jesteśmy dziś świadkami upadku moralności i etyki w Europie. Polska jest jeszcze jakby "bastionem" w tej materii. Jakie jest jednak prawdziwe myślenie Polaków? Czy trwają przy swoich wartościach tylko z przyzwyczajenia, czy też rozumieją je i cenią sobie? Czy są gotowi bronić moralności i swojej wiary, czy może są to tylko tradycyjne elementy ich życia? Czy przyjście "postępu" do Polski jest tylko kwestią czasu, czy też skutecznie oprzemy się jego naporowi, pozostając w oczach świata krajem "zacofanym i zaściankowym", idąc za słownictwem używanym w całej dyskusji?
Obok lękliwych postaw czymś pięknym jest świadectwo głębokiej wiary członków Kościoła. Jest przecież wielu chrześcijan, którzy nie wstydzą się swojej wiary, znają ją, nie boją się jej wyznawać. Budują w ten sposób Kościół. Na ich przykładzie bardzo dobrze widać, do czego prowadzi autentyczna relacja człowieka z Bogiem. Sprawia, że człowiek w swoim codziennym postępowaniu, w najprostszych nawet sprawach jest przejrzysty, autentyczny; nie idzie na kompromisy, świadczy o Bogu. Nie chodzi tu o radykalne postawy czy heroizm wiary, jak ma to miejsce w przypadku męczenników za wiarę, których również dziś są tysiące. Życie wiarą to pogłębianie swojej relacji z Panem Bogiem. To postawa zaufania Mu, zawierzenia swojego życia. To posłuszeństwo wymogom wiary, które nie wynika jednak ze strachu przed Bogiem, a z miłości do Niego. Można je porównać do relacji, jakie panują między dziećmi a rodzicami. Jeśli ci zabraniają coś swoim pociechom, to nie czynią tego ze złej woli, tylko dla ich dobra. Tak też jest w relacji Bóg - człowiek. Jeśli Stwórca zabrania czegoś swemu stworzeniu, to robi to dlatego, że wie, iż może to przynieść mu złe skutki. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na te rzeczy, w których ludzie czują się często "ograniczani" przez Boga, to można zauważyć, że łatwo dochodzi w nich do nadużyć, zranień i wynaturzeń. Są to sprawy delikatne, w których człowiek może stracić swoją godność i doświadczyć, że są one tak ważne, iż ich naruszanie niszczy osobowość i przynosi złe skutki na całe lata. Nie można dlatego patrzeć na życie zgodne z wymogami wiary jak na stosowanie się do licznych zakazów. To po prostu źle się kojarzy i sprawia, że Boga widzi się jako bezwzględnego tyrana, który zabrania korzystania z przyjemności i innych dóbr. Tymczasem Bóg ze względu na to, że nas kocha i chce naszego dobra, daje swoje prawo. Postępowanie zgodnie z nim pozwala na osiągnięcie harmonii, wewnętrznego spokoju i ładu. Daje silne oparcie i moralny kręgosłup, który pozwala opierać się "postępowi" dzisiejszego świata, który często niszczy ludzką godność. Człowiek posiadający a u t e n t y c z n ą relację z Bogiem bez wątpienia jest osobą szczęśliwą. Zapewne doświadcza trudności w swojej wierze. Mimo to ma poczucie sensu swego życia, którego dzisiejszemu światu często brakuje. Potrafi radować się z tego, że jest dzieckiem Bożym, a nie z tego, co posiada i czego udało mu się doznać w życiu. Żyje w zgodzie z samym sobą.


WIARA NIEWIERZĄCYCH


      Odwołując się do wcześniejszych rozważań, chcę teraz zadać pytanie: Kim więc są te rzesze polskich katolików, o których pisałem we wstępie? Przyznaję, że sam nie umiem wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie. Sądzę jednak, że są to osoby, które nie do końca wiedzą, w Kogo wierzą. Wiara może być dla nich czymś ważnym, ale brak jest w niej poznania Boga i Jego nauki. Nauki, która nie ma w sobie przecież niczego złego, a domaga się raczej miłości i poszanowania dla każdego. Ona jest źródłem całej misji Kościoła i tego, czego wymaga on od wyznawców. W człowieku musi więc zapaść decyzja pełnego przyjęcia wyznawanej wiary i całej jej nauki. Tu bowiem nie ma miejsca na wybieranie. Po prostu nie da się być katolikiem jedynie w niektórych sytuacjach. Jeżeli odrzuca się naukę Kościoła, wówczas jest się katolikiem jedynie z nazwy. Uczestniczy się wówczas w tłumie, który gromadzi się w imię Boga, choć naprawdę nie wie, dlaczego.


"... A PRAWDA WAS WYZWOLI..."


      Napisałem dziś wiele trudnych słów. Wynika to z tego, że wierzę, że to właśnie Kościół mówi prawdę o człowieku! To Kościół ma rację, walcząc z aborcją, eutanazją i innymi - omówionymi tu i nie omówionymi - zjawiskami. Prawda jest czymś wartym poświęcenia i walczenia o nią. Dlatego też chrześcijanin powinien poznawać prawdę. Jestem przekonany, że gdy już ją szczerze pozna, to za nią pójdzie, choćby to było trudne. Stare powiedzenie mówi, że zdrowa ryba zawsze płynie pod prąd.



...powrót